16 września. Sypialnia.
Pani od religii skropiła mnie wodą święconą i wyrzuciła, dosłownie wyrzuciła mnie za drzwi. Poprzedniego dnia udało mi się ukryć przed sprzątaczką. Poszłam, jak postanowiłam do Renesmee...Spóźniłam się. Powiesiła się na żyrandolu. Odcięłam sznurek, reanimowałam ją, prosiłam Boga o pomoc. Nic nie pomogło. Jej ojciec lezał w łóżku, zapewne pijany. Napisałam mu katreczkę i wyszłam. Nie poszłam do Michael'a. Nie miałam nastroju. Poszłam do ,,swojego'' miejsca i zaczęłam się wydzierać, tłuc rękami o ściany. Lepiej mi się zrobiło, lżej na sercu. Wróciłam do domu o 21:00. Nie zjadłam kolacji. Poszłam do pokoju, omijając drzwi wiecznie pie*rzących i mizdrzących się rodziców. Idę spać.
(Koniec wpisu)
Bardzo fajnie piszesz. Podobają mi się Twoje wpisy. Czekam na kolejne wpisy.
OdpowiedzUsuń